Tworzenie własnej legendy, coś o czym marzyłam zaczytując się w książkach fantasy. Znów otworzyły mi się oczy na to, że w moim życiu jest za dużo zaprzeszłych rzeczy, zawalonych spraw, które ciągną się za mną jak guma przyklejona do buta. To mnie uwiązuje i przytrzymuje.
Wystartowałam z taką energią w tym roku, takimi marzeniami, zmianami… część zrealizowana, na pozostałe elementy nie mam samozaparcia. Gdzie jesteś moja wewnętrzna siło? Dlaczego każesz mi siebie szukać między słowami zamiast wstawać ze mną co świt i witać nowy dzień?
Muszę pozwolić pewnym rzeczom odejść, nie mam zamiaru znów się rozpaść na miliard części. Do tej pory nie mam pewności, że jestem poskładana tak jak trzeba.
Są plany i będą plany. A siła musi się wziąć.
Zrozumiałam, że nie ma takiej możliwości, żebym nie wystawała z szablonu. I wcale nie mam zamiaru wpasowywać się nożyczkami/powinnościami, bo wtedy nie odkryję siebie do końca.
Tak łatwo zmarnować sobie życie.
Wiosna idzie pełną parą, a co za tym idzie – rośnie soczysty młody szczaw. Nie mogłam się powstrzymać przed ugotowaniem boskiej oliwowej zupy szczawiowej.
Ingrediencje:
- marchew
- seler
- pietruszka
- por
- szczaw
- kości
- śmietana
- przyprawy (pieprz cały, sól, ziele angielskie, liść laurowy i inne wg uznania)
Z kości i warzyw (uprzednio obranych i pokrojonych np. w słupki) gotujemy wywar razem z zielem angielskim, liściem laurowym oraz pieprzem w całości. Istotne jest, by pora wrzucić na sam koniec, żeby zbytnio się nie rozgotował. Potem umyty i pokrojony szczaw dodajemy gotując na małym ogniu. Dobrze jest pilnować teraz zupy, żeby nie wyszła ze szczawiu mamałyga. Gdy zupa będzie miała już smak szczawiu (po kilku minutach od wrzucenia), będzie on troszkę gorzkawy. Dodajemy śmietanę i gotowe. Można dodawać też kostek rosołowych czy wegety. Dla wegetarian istnieje opcja nie dodawania mięsa do zupy – też wychodzi pyszna.
Zupę podaje się z jajkiem ugotowanym na twardo i z chlebem.
Smacznego!
Filed under: kiedyś i tak wam ucieknę, konie | Tagi: konie, mapy, rajd, trasy, wiosna
Człowiek z podróży nigdy nie wraca taki sam.
Baran-Motycz-Okolice Motycza- Poniatowa- Wylągi – Kazimierski Park Krajobrazowy – Motycz
Zrobione ok 220km, Any zrobiła 300. Myślę, że zdjęcia oddadzą najbardziej charakter całego wyjazdu.
Filed under: kiedyś i tak wam ucieknę, konie | Tagi: droga, j r r tolkien, konie, niebo, wolność
Znów jadę na rajd. Co roku taki wyjazd łatał mnie, sklejał i zszywał, bo zawsze byłam już taka psychicznie zmęczona życiem, że nie mogłam się doczekać. Ten wyjazd będzie inny, lepszy, bo jadę zrelaksowana i nie postrzegam tego wyjazdu jako “muszępojechaćbojadęnarezerwach”. Jadę zatankowana na full, odkryłam, że potrafię się ładować bez takich wyjazdów. Napięcie spadło, coś się naprawiło samo, może moje własne wnioski?
Nie ma czego już składać, jestem w jednym egzemplarzu i przyglądam się swoim dłoniom. Niesamowitość istnienia, nowy krok ku ascendencji? Wiem, że nic nie potrafi mnie zatrzymać, że mogę wszystko i wiem też, że jestem jedyna w swoim rodzaju. Wyjątkowa. Wiele do myślenia dał mi pewien wpis podrzucony przez Jaca, on ukierunkował moje myśli.
Wiele dał mi ostatni wspólny teren z Miśką, ten koń jest ze szczerego złota, więc proszę mnie nie wyśmiewać, że się stresuję jak wjeżdżamy na ruchliwe asfalty. Miśka to cały mój świat, nie ma nic ważniejszego dla mnie. To moje słońce, moja kapliczka many i energii życiowej, mój przyjaciel, mój koń, moja Misia.
Mam w sobie mało negatywnych energii, otrząsnęłam się z jakiegoś marazmu. Ja ŻYJĘ.
Mam nową definicje wolności. Wolność jest wtedy gdy czujemy się wolni, że wiemy, że nie ogranicza nas nic, że wewnętrznie jesteśmy tylko sobą i nic nie może tego zmienić. Wolność jest wtedy gdy wszystko nie zgina nam karku, a to wszystko klęka przed nami.
Wolność jest wtedy gdy leżysz na trawie, patrzysz w niebo i unosisz się ponad to. Wolność jest wtedy, galopujesz i wiesz, że nie liczy się cel, a droga i doświadczenia z nią związane. Czasem trzeba po prostu uwolnić się samemu, w swojej głowie. I właśnie wtedy człowiek jest na prawdę wolny, a w sercu odczuwa niesamowity spokój.
[Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu.] J.R.R.Tolkien
Bardzo trudno wyobrazić sobie coś takiego jak wyjazd bez mapy (choć przyznam się, że mi samej zdarzyło się jechać bez, ale po znanej już trasie). Jednak żyjąc w 21 wieku mamy dostęp (przynajmniej teoretyczny) do niesłychanych możliwości.
Poczynając od GPSa, który bywa błędny, niepraktyczny jeśli chodzi o drogi polne, wymaga ładowania baterii, raczej nie lubi deszczu i ogólnie GPSowi mówię nie. Po prostu go nie lubię. Wiem, że wiele zależy od firmy, od jakości mapy, że pewnie są świetne, cudowne i wspaniałe oraz mężczyzna o pięknej barwie głosu mówi do nas przez cały teren… Ale moim zdaniem nie po to cofamy się w czasie jadąc konno, żeby wozić przy sobie elektroniczną mapę. Dla mnie w momencie kiedy wkładam nogę w strzemię, przenoszę się w jakąś styczną rzeczywistość. Nie mogę nie wspomnieć o zaletach GPSa – informuje nas o dokładnym położeniu (jeśli się łączy, bo jak nie to znajdujemy się w punkcie zero-zero, czyli w Kongo), tempie poruszania się (w przybliżeniu) i oczywiście jest możliwość obliczenia przebytej trasy. To są imponujące fakty, ale nie zmieniają mojego negatywnego nastawienia.
Mapy zwykłe są o wiele bardziej przydatne o ile są dokładne. Mało osób zdaje sobie sprawę, że polne drogi na niektórych mapach zaznaczane są bardzo ogólnikowo. Myślę, że kwestię skali mapy, metod ich odczytu mogę sobie odpuścić – podejrzewam, że prowadzeniem rajdu i planowaniem trasy zajmą się osoby mające pojęcie o odczytywaniu mapy oraz posiadające niebywałe poczucie orientacji w terenie, a także intuicji, która może wskazać drogę na czuja. Wracając do map – ciężko mi powiedzieć jaka jest najlepsza, każda ma dwie strony medalu. Dobre są te z zaznaczonymi wszystkimi szlakami – pieszymi, rowerowymi i konnymi, ale tutaj trzeba mieć najnowszą mapę (zwłaszcza w górach!), bo szlaki często ulegają zmianom jeśli chodzi o kolorystykę czy przebieg. Mamy ogólne całego województwa można sobie wsadzić w buty, są za ogólnikowe i do niczego się nie nadadzą. Osobiście cenię sobie mapy ze starych wydań, sprzed 20-30 lat, są niezrównane jeśli chodzi o szczegółowość tras polnych. Ustępuje tylko mapom topograficznym, które dostać (przynajmniej w Lublinie) jest bardzo ciężko. Są one niestety nieporęczne (zwija się je w rulon), ale ich dokładność jest zadziwiająca. Bardzo je lubię, zwłaszcza za skalę 1: 50 000 (1 cm na mapie odpowiada 500m w terenie). To nic że są z 1965 roku.
Jeśli jesteśmy w kropce – przydatny może być.. podgląd z satelity! Wtedy widać wszelkie zawiłości terenu, można znaleźć niezaznaczony most, albo dokładnie zlokalizować miejsce docelowe. Czasem, gdy nie mamy mapy danego terenu, można sobie świetnie poradzić właśnie w ten sposób.
Jeszcze jedna uwaga – mapy bardzo łatwo zniszczyć. Nie boję się brać map składanych to nic, że potem wyglądają jakby je coś przeżuło i wypluło, ale jeśli chodzi o mapy topograficzne – lepiej brać ksero. Są dla mnie za cenne i mimo, że byłam w ODGiK to kupiłam ostatnie sztuki map właśnie w ksero – sklep, który kiedyś istniał, jak można się domyślać, już nie istnieje.
Gdzie kupować mapy? Punkty informacji turystycznej, punkty PTTK, dobre księgarnie, czasem jakiś hipermarket. Niestety bardzo często mapy regionów, można dostać tylko w regionie. Oczywiście świetnym źródłem map może być wszechsieć. Internet (jakby ktoś się nie domyślił.)
Obecnie na planowany rajd posiadamy dwie mapy turystyczne (jeszcze jedna zamówiona), trzy topograficzne i jak się dogrzebię, to będzie to mapa z 1977, do której mam duży sentyment.
Wychodząc na przeciw najczęściej wpisywanym frazom, dzięki którym zwiedzający trafiają w mój zakątek – mam zamiar przed majowym rajdem popełnić kilka postów o szczegółach dotyczących takiego rajdu. Obiecałam coś takiego dawno temu, ale jakoś nie mogłam się zebrać.
Krótki wpis o tym, co należy zabrać ze sobą i jak dobrać odpowiedni osprzęt dla konia znajdziecie >TU<
APTECZKA. Temat bardzo kontrowersyjny jeśli chodzi o zawartość z bardzo prostej przyczyny; każdy bierze zawartość pod kątem swoich zapotrzebowań i swojej wiedzy medycznej. Tak więc apteczka dla zwykłej osoby powinna zawierać najbardziej potrzebne rzeczy jak plaster, leki przeciwbólowe i panthenol (albo inny środek na oparzenia słoneczne). Im większa świadomość posiadacza apteczki – tym bardziej będzie zwiększał się jej skład. Można kupić apteczki gotowe, zawierające same opatrunki oraz instrukcję obsługi co robić w danym momencie, ale moja propozycja jest, żeby chociaż dołączyć do niej kilka leków, które mogą uratować podróż z niemiłych przeżyć (nie życzę nikomu zjeść pryskanej śliwki i nie mieć stoperanu, żeby daleko nie szukać).
Jeśli chodzi o samo opakowanie apteczki – tutaj kwestia jest bardzo dowolna, dostępne są w sklepach turystycznych małe saszetkowe apteczki, które bardzo polecam. Zawsze im więcej ma przegród tym bardziej jest apteczką użytkową. Ja mam apteczkę, którą mogę nosić na pasie, ale zazwyczaj trzymam ją w sakwie.
Podając skład apteczki pozwolą sobie na wyjaśnienia niektórych, dlaczego biorę daną rzecz i jednocześnie przypominam – nie ma złotego środka jeśli chodzi o to co wziąć. Wszystko zależy od nas.
1. DO OPATRYWANIA RAN:
-bandaż elastyczny średniej wielkości 1szt
-bandaż dzianinowy średniej wielkości 2 szt
-gaziki różnej wielkości
-plastry wszelkiego rozmiaru, także plastry na odciski
-ostrze od skalpela (dostępne w każdym sklepie medycznym) – waży mniej od nożyczek, można tym spokojnie ciąć gazy, plastry i inne rzeczy (pomidory również jak się scyzoryka nie weźmie)
-gazik nasączony alkoholem – 10 szt – jest to lepsza opcja niż wożenie butli wody utlenionej
-opatrunek w sprayu (Acutol na przykład) jest świetny na powierzchowne rany, np otarcia
-rękawiczki 2 pary
-panthenol – działa kojąco na podrażnienia słoneczne
2. LEKI:
-przeciwbólowe, ja biorę zawsze nospę i ibuprom – dopadnie was głowa, kobiecość, stłuczony palec albo inna cholera
-na dolegliwości żołądkowe – stoperan (na biegunkę) , rannigast max (na nadkwaśność żołądka, często mnie dopada), węgiel aktywny (w razie podtrucia, albo biegunce na tle zjedzenia czegoś szkodliwego)
-odkażająco: rivanol i nadmanganian potasu w tabletkach
3. INNE:
-żyletka
-igła (na drzazgi, bąble etc)
-talk do stóp
Listę można modyfikować wedle własnego pomysłu. Trzeba pamiętać, że na rajdzie liczy się każdy gram, apteczka ma ograniczoną powierzchnię i nie ma sensu brać leków, których nie umiemy używać. Jeśli ktoś z rajdowiczów bierze jakieś leki na stałe – one również powinny znaleźć się na jego liście, np allertec.
Filed under: in my opinion
Pisałam to już tutaj tak wiele razy, że nie jestem w stanie nawet powiedzieć nawet w przybliżeniu ile. 10,15 czy może za każdym razem piszę tutaj o wielkiej barierze, granicy, dystansie między mną, a resztą. Nie wiem skąd ona się we mnie wzięła, kiedy to wszystko się zaczęło? Jak wiele czynników wpłynęło na decyzję jaka jestem?
Zdałam sobie sprawę, że nie zważamy uwagi jak wielkie znaczenie może mieć miejsce zamieszkania, sposób lokomocji, pensjonat dla konia, rodzaj pracy jaką się wykonuje. To są wszystko wybory, które mnie ukształtowały, sprawiły, że nie wiem jakim cudem obudziłam się dziś i zdałam sobie sprawę, że taki bzdet jak rodzaj liceum zmieniła moją drogę. Dałam się złapać na bezwiedne skrzyżowania NIE MAJĄC POJĘCIA, że skręcam i nie mogę zawrócić. Przeszłam przez wiele lat nie widząc dróg, możliwości, jakoś nie przewidując, że to wszystko się łączy w jedną całość. Nie miałam pojęcia, że można skazać się samemu na samotność, że można tak przypadkowo poznać przyjaciół, że można tak nieodwracalnie naznaczyć swoje życie.
Ocknęłam się z marazmu i co z tego? Widzę już, jak zmieniło się moje życie przez te czy inne opcje. Chciałabym z całą świadomością wiedzieć co robię, a nie oglądać tego zapłakane skutki.
Istnieje inny problem, do którego dość niechętnie się przyznaję, ale jednak… jestem znieczulona. Nie wiem kiedy to się stało, coś na zasadzie, wziąć tabletkę od bólu głowy i nie zorientować się, że przestała boleć. Połowa zeszłego roku to był jakiś koszmar w wersji bardzo ciężkiej, i w którymś momencie… wzniosłam się ponad to. Owszem, była jakaś fascynacja chwilowa Mc Sexy’m, ale to było bardziej zainteresowanie kimś kto jest najbardziej interesujący z towarzystwa, niż jakieś zauroczenie czy coś z tych rzeczy. Nic się na moim froncie nie dzieje, nic dobrego, ani nic złego. To nie jest jakaś cisza przed burzą, po prostu gdzieś tam we mnie coś bezpowrotnie umarło.
Nie wierzę w facetów, nie wierzę w kobiety, przestanę niedługo wierzyć sama w siebie. Ten rok miał być rokiem zmian, zaczął się tak cholernie pozytywnie, a tu taka niespodzianka – Oliv wyprało z uczuć.
Pamiętam taki dotyk, w którym zapłonęła mi krew w żyłach – to było wiele lat temu. Wiedziałam kiedy wchodzi do pomieszczenia, gdy się na mnie patrzy. Wyczuwałam go zmysłem jakimś niepojętym.. I to wszystko się skończyło, bo byłam taka cholernie dumna i honorowa. Przykładów można mnożyć, ten jest wyjątkowy, bo to była najsilniejsza chemia jaką odczuwałam w życiu.
Ile szans zmarnowałam przez to, albo dzięki temu jaka jestem? Jak wyglądałoby moje życie gdyby te związki nie zakończyły się w taki czy inny sposób? Jaka byłabym teraz?
Nie mam już tej siły ze stycznia, jestem zrezygnowana. Tak na prawdę, nic nie potrafię już zmienić.
Zwijam się w kłębek.
Czas leci niepostrzeżenie, kiedyś ktoś 23 letni wydawałby mi się kimś bardzo dorosłym, bardzo odpowiedzialnym i zapewne studiująco-pracującym. Wiele widziałam,wiele wiem, ale ciągle to za mało – jestem ciągle niedojrzałym członkiem społeczeństwa. Czy ja w ogóle chcę nim być? Kim jest dojrzały człowiek? I czym się różni od tego zniewolonego?
Tyle razy wyrażałam się już na temat wolności, jej braku, jej odczuwaniu i interpretacji. Staram się łamać wszelkie reguły, unikam pułapek urzędniczych (nie da się prawka zrobić w 24 godziny? DA SIĘ. i niech nie chrzanią, że zajmuje to 2 tygodnie) i staram się żyć. Jaki jest szczyt moich marzeń? Odsyłam do książki “Gdzie Twój dom ziemianinie?”.
________
Mój nowy pokój (wg Feng Shui) nie posiada rogu partnerstwa. Jest tam uwypuklenie, bo z drugiej strony jest łazienka i tam właśnie wchodzi prysznic. Więc tyle, jeśli chodzi o głośne zastanawianie się nad moim staropanieństwem…
[A droga wiedzie w przód i w przód
Choć zaczęła się tuż za progiem –
I w dal przede mną mknie na wschód,
A ja wciąż za nią – tak jak mogę...
Skorymi stopy za nią w ślad –
Aż w szerszą się rozpłynie drogę,
Gdzie strumień licznych dróg już wpadł...
A potem dokąd? – rzec nie mogę. ]
J.R.R. Tolkien
____________________
Dzisiejszy teren był przecudowny. Słońce świeciło, wiaterek nie wiał, niebo bezchmurne i pachniało obietnicą lata. Misia była bardzo grzeczna, nawet traktor nie robił na niej żadnego większego wrażenia.. ale kaczki chlapiące się w rowie wywołały lekki wytrzeszcz oczu. Potem przemknęła nam drogę kuna, a zaraz zza zakrętu wychynął Pan Koń i pomknęliśmy najpierw w poszukiwaniu odpowiedniego mchu dla rodziców. Potem wskoczyliśmy w hiperprzestrzeń na wysokości piaszczystej drogi i polecieliśmy w stronę Czerwonki. Tam trochę odpoczynku, w przerwach ponadświetlna i piasek między zębami aż miałam.
Później nie działo się nic godnego uwagi, poza dziwnemu zerkaniu mojego konia na kolano Pana Konia. Pan Koń mówił, że jego kolano od iluśtam terenów czuje się wybitnie zagrożone, a Misia dalej sobie zezowała na nie. Bardzo nam zaschło w gardle, więc nie wytrzymaliśmy bez wypicia po jednym piwku, pragnienie nie miało szans, oj nie.. Powrót był bardzo spokojny, na długiej wodzy i bez większej ingerencji w drogę, którą obrał koń. Teren idealny. Może nieco szybki, ale bardzo relaksujący.
Ptaszki ćwierkały gdy się rozjechaliśmy, ja w swoją drogę, a Pan Koń w swoją.
Zmierzchało.
Piątek zaczęłam bardzo miłym wyjazdem na Baran. W stajni zastałam Misię z nową koleżanką na padoku, chodziły jedna za drugą, maleństwo wygląda jak jej źrebak, mimo, że ma już roczek. Bardzo się polubiły. Misia mistrzyni niszczenia kantarów w zeszłym tygodniu zepsuła sprezentowany kantar, ale udało się go zszyć. Na co dzień stoi w podszytym brązowo-pomarańczowym firmy York wersja Lux. Wygląda obłędnie i równie obłędnie się brudzi ówże kantar.
Nowe ogłowie niestety czeka na swoje osobiste wędzidło (wciąż się nie mogę zdecydować na żadne, a czas mija), więc nie mam nawet zdjęć w nowym ogłowiu. Robione przez rymarza, brązowe, idealne! Jeśli chodzi o sakwy to decyzja jeszcze nie zapadła co dalej (a rajd czeka, a jak! nawet kierunek obrany) z nimi mam zrobić. I tak się błąkam ze swoimi myślami.
Ale, miałam pisać co z piątkiem.. pojechałam sama w teren na spacerek. Mam złotą tendencję do wynajdywania wszelkich bagien (i “większej” kałuży), błot i innych nieprzejezdnych dróg. Było bardzo sympatycznie, spotkałyśmy panią sarnę i pana jelenia (na niego koń mi stanął jak wryty, a potem pokłusował dalej jak gdyby nigdy nic). Pana Konia niestety nie spotkałyśmy, bo zostawiłam komórkę w domu i nie miałam żadnego kontaktu ze światem, więc nie dałam mu znać, że teren, że zaraz i w ogóle.
Byłam bardzo zadowolona z Misi, była bardzo grzeczna i zrelaksowana. Napiszę to po raz n-ty: kocham swoją kanapę na konia, który też jest kanapą. Mieszanka iście dla księżniczkowego tyłka.. jakby ktoś nie orientował – mowa o bezterlicówce Arizona Barefoot. Zazdroszczę poniekąd warkoczowłosej, że ma nowe siodełko i takie fajne, i w ogóle. Pocieszam się, że: nie jest brązowe, nie jest skórzane i nie jest aż tak miękkie jak moja kanapa. Po takiej dawce pocieszenia już nie myślę o Wintec Wide i mogę sobie zasypiać z przemyśleniami sakwowo-konstrukcyjno-logistycznymi.
Kocham mojego konia.
Za to, że się tarza tak, że między półdupkami ma pół wywrotki piasku.
Za to, że rozwala kantary.
Za to, że ma “śnieżnobiałą” grzywę.
Za to, że … ma hipernapęd. Czy Twój koń posiada hipernapęd?
[1 cmoknięcie - podświetlna
2 cmoknięcia - FTL - faster than light
Full wypas and entertainment - hipernapęd]
Kocham swojego konia, za to jaki jest. Nawet jak wyprzedza po krzakach i przeskakuje przez niemal metrowe sosenki (true story!).
_____________________
[-To co, na 1 cmoknięcie, na dwa, czy na full wypas and entertainment? XD]

















